Zalanie to nie jest jedna usterka, tylko proces, który trwa. Elektrolit z napoju nie odparowuje razem z wodą — zostaje na płycie i zjada ścieżki tak długo, aż ktoś go stamtąd usunie.
Dlaczego czas jest najważniejszy
Sprzęt rozłożony i umyty tego samego dnia wraca zwykle sprawny, po wymianie kilku elementów. Ten sam sprzęt po tygodniu „schnięcia" to naprawa dwukrotnie droższa, a po miesiącu bywa już nie do uratowania. Różnica nie bierze się z wody, tylko z korozji, która przez cały ten czas pracuje pod układami.
Czego nie robić
Nie włączać, żeby sprawdzić, czy działa — to najczęstsza przyczyna, dla której naprawialny sprzęt przestaje być naprawialny; pod napięciem osad zwiera sąsiednie ścieżki i przepala elementy. Nie suszyć suszarką, bo gorące powietrze rozpycha wilgoć w głąb. Nie wkładać do ryżu. Wyłączyć przytrzymaniem przycisku, odłączyć zasilacz, wyjąć baterię jeśli się da, odwrócić klawiaturą do dołu i zadzwonić.
Jak wygląda nasza procedura
Rozkładamy laptop do ostatniej śrubki — zalanie nie da się naprawić bez pełnego demontażu. Płytę myjemy w myjce ultradźwiękowej, usuwamy osad i produkty korozji spod układów. Pod mikroskopem oceniamy stan pól lutowniczych i ścieżek. Sprawdzamy każdą sekcję zasilania osobno, bo elektrolit zwykle uszkadza kilka miejsc naraz. Wymieniamy skorodowane elementy i odtwarzamy przerwane ścieżki.
Uczciwie o gwarancji
Na sprzęt po zalaniu dajemy krótszą gwarancję i mówimy o tym otwarcie. Korozja potrafi ujawnić się z opóźnieniem, w miejscu, którego przy naprawie nic nie wskazywało. Obiecywanie pełnego roku byłoby nieuczciwe.